Gdyby w Hollywood urządzono konkurs na najgłupiej wydane pięć milionów dolarów,
David Wain wygrałby w cuglach. Jego
"Jak złamać 10 przykazań" to film nieudolny, silący się na śmieszność i mało dowcipny. A mogło być tak pięknie! Oto bowiem
Paul Rudd, jeden z najlepszych komediowych aktorów ostatnich lat, postanowił rozpocząć karierę producencką. Za bardzo niewielką (jak na hollywoodzkie standardy) kwotę pieniędzy ściągnął na plan całą grupę znanych i lubianych aktorów. Mamy więc samego
Paula Rudda,
Winonę Ryder,
Famke Janssen, uroczą
Gretchen Mol znaną z serialu
"Życie na Marsie", wreszcie
Jessicę Albę,
Lieva Schreibera i
Olivera Platta. I co? I nic – wszystko to psu na budę. Bo twórcy
"Jak złamać 10 przykazań" obsadzili całą tę artystyczną armię w krótkich, głupawych scenkach, których wysilony komizm budzić może jedynie uczucie zażenowania.
Jeff Reigert (
Rudd) jest facetem po trzydziestce, którego przedwcześnie dopadł kryzys wieku średniego. Zostawił więc żonę (
Janssen) dla młodziutkiej i głupiutkiej dziewczyny (
Alba). Jeffowi nie po drodze z szóstym przykazaniem, co nie przeszkadza mu w opowiadaniu lekko moralizujących, w domyśle śmiesznych historii pokazujących, co się dzieje, gdy występujemy przeciw dziesięciorgu przykazaniom. To właśnie one składają się na komedię
Davida Waina. Dziesięć nowelowych opowiastek, z których każda dotyczy jednego z przykazań, ukazuje ludzi małych i śmiesznych. Raz jest to bibliotekarka (
Mol), która podczas wakacji w Meksyku przeżywa romans z Jezusem, który właśnie powrócił na Ziemię, innym razem policjant (
Schreiber) ścigający się z sąsiadem w ilości zakupionych tomografów. Mamy lekarza (
Ken Marino), który dla wygłupu zaszył nożyczki w ciele pacjentki i białą kobietę (
Kerri Kenney), która ujawnia swym czarnoskórym synom, że ich biologicznym ojcem jest
Arnold Schwarzenegger, wreszcie – niezbyt wierną miłośniczkę drewnianych lalek (
Ryder).
Wydawać by się mogło, że dowcipne spojrzenie na dziesięć przykazań to prosty i dobry sposób na nowelową komedię. Nic z tego – twórcy
"Jak złamać…" pokazują, że nawet tak wdzięczny temat można łatwo zepsuć. Komedia
Davida Waina to zbitka niesmacznych waginalno-rozporkowych dowcipów i prostackich slapstickowych wiców. Sprawy nie ratują pojedyncze udane sceny, dwa albo trzy zabawne dowcipy, ani uroczy duet
Rudd-
Janssen.
"Jak złamać…" jest bowiem filmem od początku do końca nieautentycznym, niezdolnym do rozbawienia nas przez dłuższą chwilę. I nawet kiedy twórcy próbują bawić się w pastisz (parodiowanie konwencji musicalu), efekt ich starań jest mizerny, a komedia o dziesięciu przykazaniach grzeszy nie tyle niegrzecznością, co nieudolnością i banałem.